Jak nastolatkowie z Rumunii podłączyli kraj do internetu

Dwóch mężczyzn na dachu. Ubrany na niebiesko mężczyzna po lewej leży i patrzy w dół, opuszczając kable. Drugi mężczyzna, z długimi włosami i w zielonej koszulce, unosi się na rękach i również patrzy w dół.

Źródło zdjęcia, Dan Nicolae & Flaviu-Adrian Tulic

Podpis zdjęcia, Dan Nicolae (po lewej) i Flaviu-Adrian Tulic (po prawej) instalują kable internetowe w dzielnicy Tineretului w Bukareszcie
    • Autor, Andrada Fiscutean & Tom Bonnett
    • Stanowisko, BBC World Service, podcast dokumentalny
    • Relacja z, Bukareszt, Rumunia
  • Data publikacji
  • Czas czytania: 5 min

Pod koniec lat 90., dekadę po upadku komunizmu, grupa nastolatków w Bukareszcie - jak wiele osób w ich wieku - wspólnie grała w gry komputerowe.

Eric Băleanu, dziś właściciel niewielkiego dostawcy internetu w stolicy Rumunii, wspomina, że na początku jego znajomi przynosili nieporęczne komputery do jego mieszkania, gdzie mogli je ze sobą połączyć.

„Wydaje mi się, że kiedyś miałem w domu dziesięć osób i dziesięć komputerów, do tego dwa moje. Korzystaliśmy z sieci, by grać w gry i dobrze się bawić".

Noszenie ciężkich komputerów po schodach nie było jednak praktyczne. Dlatego przyjaciele zaczęli rozwijać kable między piętrami.

Sieć była mało zaawansowana i łatwo ulegała awariom. Według Băleanu często zdarzało się, że któryś ze znajomych mówił: „Przepraszam, moja mama sprząta mieszkanie, więc przez około godziny nie będzie sygnału".

Było jasne, że muszą zacząć działać strategicznie. W postkomunistycznej Rumunii panowało przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

„Ludzie robili, co im się podobało," mówi Băleanu. „To była eksplozja wolności, ale też odrobina chaosu: można było robić wszystko”.

'Głód komunikacji i wolności słowa'

Mężczyzna ubrany w niebieską koszulę z długim rękawem i dżinsy stoi na drabinie. Pracuje przy wysokim słupie energetycznym, gęsto pokrytym czarnymi kablami. Za nim widać błękitne niebo i dziesiątki przewodów rozchodzących się promieniście od słupa, tworząc splątaną sieć.

Źródło zdjęcia, DANIEL MIHAILESCU/AFP via Getty Images

Podpis zdjęcia, Rumuńscy robotnicy pracują nad przeniesieniem okablowania pod ziemię w 2008 r.

Przed upadkiem komunistycznej dyktatury Nicolae Ceaușescu w 1989 roku większość Rumunów była odcięta od Zachodu.

Niewielu mogło podróżować za granicę; władze zniechęcały ich też do kontaktów z cudzoziemcami. Media pozostawały pod ścisłą kontrolą państwa.

Jak mówi Băleanu, prowadziło to do „głodu komunikacji i wolności słowa".

Później, w latach 90., internet był nieosiągalny dla większości mieszkańców ze względu na koszt. W czasach galopującej inflacji miesięczny dostęp do sieci kosztował od 200 do 300 dolarów (około 743-1114 złotych).

Nastolatkowie postanowili kupić jedno łącze internetowe, a następnie współdzielić je między domami w całym mieście. Băleanu wspomina, że ostatecznie każdy użytkownik płacił dzięki temu około sześciu dolarów (22 zł).

Roxana Ardelean, inna członkini grupy, mówi, że stworzyli chaotyczną sieć kabli przypominającą „pajęczynę", oplatającą słupy i łączącą kolejne bloki mieszkalne.

Do dziś wspomina tamten czas z sentymentem.

„Byliśmy jak rodzina, małe dziecięce plemię. Łączyły nas więzi społeczne, ale także wspólne połączenie z internetem," mówi.

'Szara strefa'

Mężczyzna w brązowej koszulce kuca na dachu bloku mieszkalnego, wskazując na kable, które zainstalował w młodości. W oddali widać inny blok.

Źródło zdjęcia, Andrada Fiscutean

Podpis zdjęcia, Laurențiu Simion, inny członek grupy, odwiedza blok, w którym narodziła się ich sieć internetowa

Jak mówi, pod koniec dnia często okazywało się, że podłączyli internet do większości mieszkań w budynku.

Kiedy zauważali to administratorzy budynków, zaczynali pytać:

„Co to właściwie jest internet? Mamy telewizję kablową. Po co nam internet?"

Czasami mieszkańcy przekonywali administratorów, by zostawili nastolatków w spokoju. Argumentowali, że świadczą usługę, której potrzebuje całe społeczeństwo.

Czasami jednak młodzi budowniczowie sieci musieli szukać alternatywnych rozwiązań. Zdarzało się, że zamiast wiercić otwory, wprowadzali kable przez okna.

Przeciąganie przewodów między budynkami było znacznie trudniejszym zadaniem.

Na niektórych ulicach nastolatkowie zatrzymywali ruch w środku nocy, by rozciągnąć kable nad jezdnią. Opuszczali przewód z jednego dachu, a linę - z drugiego. Łączyli je pośrodku, a następnie wciągali kabel na dach kolejnego budynku.

Problem pojawiał się tam, gdzie połączenie uniemożliwiały napowietrzne przewody tramwajowe. Rozwiązaniem okazały się ziemniaki.

Ziemniaki w służbie internetu

Roxana – kobieta o brązowych włosach – stoi na dachu wieżowca i patrzy w bok. Nad głową trzyma ziemniaka obwiązanego liną. Wygląda, jakby chciała zrzucić go w dół. W oddali widać inne, niższe bloki.

Źródło zdjęcia, Andrada Fiscutean

Podpis zdjęcia, Roxana demonstruje, jak budowniczowie sieci przerzucali kable między dachami dzięki ziemniakom

Roxana Ardelean wspomina, że robili w ziemniakach otwory śrubokrętem. Przeciągali przez nie kabel, zawiązywali węzeł, a następnie rzucali ziemniaka w stronę kolejnego budynku.

„To było trochę jak baseball".

Jak mówi, przestali używać ziemniaków, gdy zaczęli zarabiać więcej pieniędzy.

Dziś, jako dorosła, Ardelean uważa za „niewyobrażalne", że podejmowali takie ryzyko.

„Były miejsca, gdzie trzeba było zachowywać się jak Tom Cruise w Mission: Impossible. [Byliśmy] dosłownie na krawędziach dachów. To było bardzo, bardzo niebezpieczne".

W wielu krajach takie instalacje byłyby nielegalne. Jednak w Rumunii na początku lat 2000. przepisy nie nadążały za rozwojem technologii: wielu pionierów działało bez jasno określonych ram prawnych.

Choć od czasu do czasu kontrolowała ich policja, egzekwowanie przepisów było niespójne.

„Nie działaliśmy do końca legalnie, ale nie robiliśmy też nic nielegalnego. To była szara strefa," mówi Băleanu.

„Policjanci widzieli, jak rozwieszamy kable na słupach, i pytali, czy mamy odpowiednie dokumenty. Czasami nie mogliśmy niczego okazać, więc mówili: 'Powinniście wracać do domu'. Dlatego woleliśmy pracować nocą, kiedy nie było ruchu i policji".

Przepisy UE

Dwóch robotników instaluje podziemny kabel z włókna szklanego na terenie przypominającym plac budowy. Jeden z nich klęczy w wykopie, trzymając kilka kolorowych kabli. Uśmiecha się i patrzy w dół. Drugi stoi z tyłu, trzymając pęk podobnych kabli. W tle widać niedokończony budynek.

Źródło zdjęcia, DANIEL MIHAILESCU/AFP via Getty Images

Podpis zdjęcia, Wraz z przystąpieniem Rumunii do UE w 2007 r. wprowadzono bardziej rygorystyczne przepisy. Rozpoczęło się przenoszenie kabli pod ziemię

Wraz z rosnącym popytem pojawiła się jednak konkurencja. Do 2006 roku w całym Bukareszcie działało już ponad 1400 lokalnych sieci. Rywalizujący operatorzy przecinali kable konkurencji, a więksi gracze - działający w równie chaotyczny sposób - zaczęli przejmować mniejszych dostawców.

W 2007 roku Rumunia przystąpiła do Unii Europejskiej i przyjęła bardziej rygorystyczne przepisy. Kable musiały przenieść się pod ziemię i zniknąć z panoramy miasta.

Zdaniem Băleanu była to zmiana na lepsze - jednak dla większości małych operatorów koszty okazały się zbyt wysokie.

Sukces cyfrowy

Băleanu i Simion nadal prowadzą małe firmy internetowe. Należą do mniej niż 300 niezależnych operatorów, którzy przetrwali konsolidację branży.

Obecnie 98% rumuńskiego rynku kontrolują trzy duże firmy, co zdaniem Băleanu jest niekorzystne dla konsumentów.

Simion uważa jednak, że dziedzictwo prowizorycznych osiedlowych sieci - a także wczesne wdrożenie szybkich łączy światłowodowych - przyczyniło się do cyfrowego sukcesu Rumunii. Kraj jest dziś znany z szybko rozwijającego się sektora technologicznego.

„Nasz szybki internet przyciągnął do Rumunii największe firmy technologiczne i stworzył tysiące miejsc pracy dla ludzi z całego świata," mówi.

Tekst został napisany i sprawdzony przez dziennikarzy BBC. Przy tłumaczeniu użyto narzędzi AI, w ramach projektu pilotażowego.

Opracowanie: Nicole Frydrych